Maraton Warszawski 30 lat wielkiego biegu

Antoni Mężydło

"Porwany za młodu"

 

  • Jesteśmy w gmachu Sejmu, w zakątku restauracji Hawełka zwanym salonikiem tetmajerowskim. Dlaczego wybrał Pan to miejsce na rozmowę?

Po pierwsze dlatego, że akurat było wolne. A po drugie to słynne miejsce. Tu w 2005 roku odbyła się rozmowa ostatniej szansy między Donaldem Tuskiem a Jarosławem Kaczyńskim.

  • Szkoda, że nie zakończyła sukcesem. Nam będzie o wiele łatwiej się porozumieć. PO raz pierwszy o Panu jako biegaczu usłyszałem od posła Tadeusza Jarmuziewicza- wielkiego entuzjasty biegania. Powiedział: jest u nas Antek Mężydło, który po roku przygotowań pokonał maraton w 3 godziny i 40 minut. Ponieważ mój rekord wynosi około 4 i pół godziny wzbudził Pan mój podziw. Czy uprawiał Pan kiedyś sport wyczynowo?

Nigdy nie byłem wyczynowcem. Nigdy nie biegałem. Może poza jednym przypadkiem- na pierwszym roku Politechniki na wuefie zrobili nam sprawdzian na kilometr. Uzyskałem najlepszy czas: 3 minuty i sekundę. I wystawili mnie w zawodach międzyuczelnianych. Pobiegłem z zawodnikami, którzy mieli „życiówki” w pobliżu rekordu Polski. Oni byli z Akademii Medycznej. Wydawało mi się, że Akademia Medyczna i Politechnika są równie dalekie od sportu więc starałem się biec razem z nimi. Oczywiście „spuchłem” po pierwszym okrążeniu. Dobiegłem do mety może nie ostatni, ale nie tak jak sobie wyobrażałem. I trochę zraziłem się wtedy do biegania.

  • A wuefiści z uczelni nie próbowali Pana namówić do treningu? 3 minuty i sekunda w pierwszym starcie na kilometr to robi wrażenie. Każdy trener lekkoatletyczny kogoś takiego szuka.

Widocznie to nie byli ludzie ze specjalnością lekkoatletyczną. Na Politechnice Gdańskiej głównie graliśmy w piłkę na bocznym boisku Lechii albo chodziliśmy na basen.

  • A co Pana skłoniło po latach, żeby zacząć biegać?

Najpierw Donald Tusk namówił mnie do grania w piłkę. Ale często przydarzały mi się kontuzje. Ścięgna, kolana, stawy. Naderwałem też mięsień dwugłowy. I wtedy postanowiłem się odchudzić. Ważyłem dość sporo- 96 kilogramów przy wzroście 188. Nie byłem gruby, ale uznałem, że to waga powoduje kontuzje. Zacząłem biegać. Najpierw dwa kilometry, potem cztery, osiem i tak dalej. Pamiętam jak na wakacjach biegaliśmy z synem wokół jeziorka. Początkowo jedno okrążenie, ale raz chciałem mu zaimponować i przebiegłem drugie. Poczułem, że mogę. Kiedy koledzy samorządowcy zauważyli, że ja sobie tak biegam dla zdrowia namówili mnie do startu w zawodach. Dystanse 10, 15 kilometrów. To był rok 2005.

  • Miał Pan wtedy już 51 lat?

Tak. Pamiętam ten pierwszy bieg, 3 maja, w Łubiance koło Torunia, 11 i pół kilometra. Zmieściłem się w godzinie- to znaczy zrealizowałem swój plan. Mój brat, który przyjechał wtedy do mnie, jak zobaczył mnie na mecie powiedział: lepiej już nie biegaj, kończyłeś ostatkiem sił. Ale ja byłem zadowolony.

  • A potem były coraz dłuższe dystanse.

W tym samym roku przebiegłem półmaraton w Toruniu. Mimo strasznego upału pokonałem go w około dwie godziny. Później, jesienią, też w  Łubiance startowałem w Biegu Niepodległości. A już w 2006 roku, 2 kwietnia pokonałem mój pierwszy maraton. To była jubileuszowa „100” Jurka Stawskiego i Jadzi Wichrowskiej  w Toruniu. Biegało się pętle, zdaje się kilkanaście okrążeń wokół Stadionu Miejskiego w Toruniu. Poczułem się wtedy bardzo podbudowany bo samorządowców, z którymi dotąd przegrywałem, zdbublowałem dwukrotnie. Uwierzyłem w swoje siły. Może za mocno, bo pierwszy zimny prysznic przyszedł 3 maja. Rocznica mojego pierwszego startu w Łubiance, 15 kilometrów. Chciałem zabrać się z czołówką. W grupie z Tomkiem Dragiem z Chełmży- świetnym biegaczem- pierwsze trzy kilometry pokonałem w 10 minut. Ale to się później zemściło. Musiałem zwolnić. Na 12 kilometrze wszyscy mnie wyprzedzali. Jurek Zająkała mówił do mnie: Antek, masz za trzy dni maraton. Nie przyspieszaj już nawet jeśli możesz. Potruchtaj tylko do końca. Tak zrobiłem.. Porozbijałem te zdrewniałe mięśnie. I 6 maja wystartowałem w Krakowie w mistrzostwach świata parlamentarzystów.

  • I?

Wygrałem. Choć muszę przyznać, że poprzedni zwycięzca, Estończyk Meelis, był chyba niedysponowany. Jego rekordy życiowe były lepsze od moich, a tym razem ja przebiegłem trasę w 3 godziny, 27 minut i pięćdziesiąt parę sekund, a on był o 10 minut wolniejszy.

  • W tym samym 2006 roku wystartował Pan też w Maratonie Warszawskim.

Tak, ale wcześniej jeszcze w Toruniu. Jako mistrz świata postanowiłem, że nie mogę zawieść i pod koniec maja przebiegłem trasę tego maratonu w 3 godziny i 15 minut poprawiając rekord życiowy. Potem wystartowałem w Warszawie. Byłem optymistą bo w Warszawie zawsze dobrze mi się biega. Na trzeciej dziesiątce przyspieszyłem, tak zawsze staram się robić. Ale na mecie miałem czas 3 godziny 15 minut i sekundę. Właśnie o tę sekundę gorszy od życiówki. Pamiętam, że biegł wtedy również generał Polko i udało mi się z nim wygrać.

  • Bardzo często Pan biegał w 2006 roku. Co trzy tygodnie start. Ile zaliczył Pan wtedy maratonów?

Siedem. Kilka lokalnych, ale też ten Westerplatte- Gdynia, no i poznański. Tam pobiegłem najsłabiej. Było zimno, zmarzłem i uzyskałem tylko 3 godziny 45 minut. Mój najgorszy czas.

  • To bieganie musi sprawiać Panu wielką satysfakcję bo inaczej po co by się Pan tak męczył?

Mamy w Toruniu taką grupę 50-latków. Rywalizujemy między sobą. Mimo, że oni dłużej ode mnie biegają i kiedyś byli sportowcami udało mi się z nimi wygrać. Jest tam Mieciu Kociucki- niegdyś hokeista Towimoru, czy Rysiu Dąbkowski. Często oni są lepsi, ale mnie udało się choć raz wygrać z każdym.  Ja nie prowadzę regularnych treningów według podręcznika. Raczej uprawiam jogging. Wtedy gdy mam trochę czasu. Kiedy odczuwam potrzebę biegam trochę dłużej- zdarza się i cztery, pięć godzin. Jestem nieregularny. Czasem mam przerwę, ale potem wychodzę i dzień po dniu robię po czterdzieści kilometrów. W tym roku startowałem w dwumaratonie w Bydgoszczy. Dzień po dniu: 8 i 9 marca. W sobotę miałem czas 3:34, w niedzielę- 3,36.

  • Trenuje Pan tylko u siebie w Toruniu czy również tutaj w Warszawie?

W Warszawie też. Mieszkam w pobliżu Mostu Siekierkowskiego i biegnę mostem, potem Wałem Miedzeszyńskim i z powrotem. 18-20 kilometrów.

  • A jak jest dawka tygodniowa?

Nieraz, gdy jestem bardzo zajęty, nie biegam cały tydzień. Potem nadrabiam. Jak Tadziu Jarmuziewicz mnie zdopinguje to wychodzę codziennie.

  • Codziennie po 20?!

Więcej. Miałem taki tydzień kiedy pokonałem łącznie 200 kilometrów.

  • Dla wielu ludzi maraton to taka chęć sprawdzenia granic swoich możliwości. Żyjemy w czasach pokoju. Dwa pokolenia nie zaznały okropności wojny. Ale w Pana życiu było doświadczenie graniczne. Rok 1984. Porwania toruńskie. Został Pan pochwycony przez Służbę Bezpieczeństwa. Przetrzymywany i torturowany przez 50 godzin. Wreszcie porzucony gdzieś na śmietnisku. Jak bardzo zmieniło to Pana sposób patrzenia na życie?

Na początku to był szok. Moją narzeczoną, obecnie żonę, też wtedy porwali. Zgarnięto nas z ulicy, w biały dzień. Mogli zrobić z nami co chcieli. Dlatego baliśmy się potem wychodzić z domu. Pomogli nam przyjaciele, którzy nie odstępowali nas na krok. Ja stosunkowo szybko otrząsnąłem się i zacząłem funkcjonować normalnie, ale moja żona długo jeszcze, gdy spotykała tych ubeków, np. Na schodach Urzędu Wojewódzkiego w Toruniu, drżała. To były wyzwania. Podczas tego porwania dręczyły mnie dylematy: czy mógłbym dalej żyć, gdybym się załamał, gdybym zdradził. Wtedy to wszystko rozważyłem. Wytworzyła się we mnie postawa nieustępliwości. Wiedziałem, że życie musi mieć sens, że są wartości ważniejsze niż samo życie.

  •  A może Pan jest po prostu człowiekiem odważnym. Przypominam sobie taką opowieść Andrzeja Gwiazdy, kiedy Pan, student Politechniki Gdańskiej, miał przynieść papier dla podziemnej drukarni. To był koniec lat 70. Drukarnia była w mieszkaniu Gwiazdów. Pan zrobił to w sposób szaleńczy. Przy obstawie ubeckiej na ulicy, na klatce schodowej Pan przeniósł torbę z tym papierem jak gdyby nigdy nic. Nikt inny nie chciał się tego podjąć.

Byłem człowiekiem bardzo zajętym. Poświęcałem dużo czasu nauce i działalności politycznej. Niektóre rzeczy trzeba było po prostu wykonać. Czasami nonszalancja popłacała, a czasami wpadałem w różne „kotły”. Roznosząc „bibułę” czy papier myślałem o swoich problemach naukowych. Studiowałem wtedy na dwóch fakultetach: elektrotechnice na Politechnice Gdańskiej i fizyce na Uniwersytecie. Pochłonięty myślami zachowywałem się naturalnie. Nie rzucałem się w oczy. Dzięki temu udawało się ujść służbie bezpieczeństwa, ale bywało, że wpadałem przypadkiem.

  • A po co Pan to robił? Jako zdolny student byłby Pan w pełni usprawiedliwiony, że skupia się wyłącznie na nauce. Niech polityka toczy się swoim torem.

Nie byłem urodzony do polityki. Wcześniej się nią nie interesowałem. Ale miałem kolegę, który bardzo się tym pasjonował. Czytał zawszę „Politykę”, „Perspektywy”, „Kulturę”. W 1977 roku znalazł ulotkę KOR-u i strasznie chciał pójść do Bogdana Borusewicza. A miał wadę wymowy. Prosił, abym mu towarzyszył i służył za tłumacza. Poszedłem i usłyszałem o prześladowaniach robotników, o „ścieżkach zdrowia” w Radomiu i Ursusie. Pomyślałem, że nie można być wobec tego obojętnym, że takiego zła nie można tolerować. Było to wtedy dla nas ważniejsze niż nauka czy kariera. Ryzykowaliśmy relegowanie z uczelni- takie przypadki się zdarzały- ale to był wybór moralny.

  • Rozumiem teraz, że zestawienie maratonu jako wielkiej próby z Pańskimi doświadczeniami z działalności w podziemiu nie ma sensu. Maraton dla Pana to tylko zabawa.

Kiedyś też myślałem, że maraton jest czymś ekstremalnym, co można robić raz na jakiś czas. Ale od kiedy sam zacząłem biegać, uważam, że pokonanie maratonu nie jest wielkim wyczynem. Każdy po odpowiednim przygotowaniu może to zrobić.

  • Ale Pan ma naturalną łatwość, czyli- talent.

Być może tak jest. Ale ja biegam dla zdrowia. Kiedyś zmierzono mi podwyższone ciśnienie. 145/90. Nic strasznego. Tylko ostrzeżenie. Od kiedy biegam ciśnienie spadło i czuję się dużo lepiej.

Rozmawiał: Przemysław Babiarz