Niech Palikot zakłada partię i popełnia polityczną śmierć

2010-09-12 22:01:54, aktualizacja: 2010-09-15 09:27:15
Niemożliwe, aby sąd partyjny nie ukarał Palikota. Jego wypowiedzi bardzo szkodziły zarówno PO, jak i Bronisławowi Komorowskiemu. Po prostu nas ośmieszał. Palikot jątrzy, dzieli i pracuje ewidentnie przeciwko PO - mówi Antoni Mężydło, poseł PO, w rozmowie z Andrzejem Grzegrzółką.
Sławomir Nowak zapowiedział, że Platforma poprze Jacka Kar_nowskiego w nadchodzących wyborach samorządowych. Czy partia powinna udzielać poparcia politykowi z zarzutami prokuratorskimi?
W gdańskim środowisku PO Jacek Karnowski zawsze budził kontrowersje. Jest grupa lokalnych działaczy, która mocno wspiera, są też politycy - na czele z Donaldem Tuskiem - którzy krytycznie oceniają jego prezydenturę.
To ze względu na opinię premiera Karnowski zawiesił swoje członkostwo w partii. Jednak w opinii większości polityków PO z Pomorza tzw. afera sopocka to bardziej chytra intryga pana Julkego i osób z nim związanych niż korupcja prezydenta miasta.

Czyli nie widzi Pan nic złego w tym, że osoba z zarzutami prokuratorskimi zostanie oficjalnie poparta przez partię rządzącą?
Jacka Karnowskiego znam osobiście. To nie jest tak, że widzę coś złego czy nie - według mnie po prostu ta sprawa nie jest jednoznaczna. Zdecydowano w partii, że jego poparcie będzie najlepszym rozwiązaniem, czemu nie można się dziwić. Ma bardzo duże poparcie wśród mieszkańców, co udowodniło referendum. Wychodzi więc na to, że argumenty, którymi posługuje się Julke, nie przemawiają do wyborców ani do członków PO.

Oglądał Pan w piątek Jarosława Kaczyńskiego na czele manifestacji na Krakowskim Przedmieściu?
Tak. Jarosław przypominał mi tego sprzed lat.

Co Pan ma na myśli?
Oglądając prezesa PiS na czele pochodu z pochodniami, przypomniały mi się lata 90. Wówczas na takim pochodzie nawet towarzyszyłem Kaczyńskiemu. W 1992 r. poszliśmy z pochodniami pod Belweder. Atmosfera była o wiele poważniejsza niż w piątek - spalono nawet kukłę Wałęsy. To był okres po obaleniu rządu Jana Olszewskiego. W tym czasie pracowałem w wydawnictwie, które wydało książkę "Lewy czerwcowy". Moja obecność była więc naturalna.

Jarosław Kaczyński wraca na ulicę.
To, co dziś robi lider PiS, jest złe dla jego partii, ale przede wszystkim dla Polski. Uważam, że tragedia z 10 kwietnia jest nieprawdopodobnym dramatem, cały czas trudnym do zrozumienia i przeżycia. Jednak dopatrywanie się czyichkolwiek celowych działań jest zupełnym obłędem. Rozum Jarosława Kaczyńskiego opanowały emocje. Piątkowa demonstracja jest też częścią negatywnej przemiany prezesa PiS po kampanii wyborczej. Uważam też, że w sam start w wyborach Kaczyński został niejako wrobiony.

Co to znaczy wrobiony? Przez kogo?
Został wyraźnie wmanewrowany w start w wyborach prezydenckich i całą kampanię przez swoje otoczenie. Jestem pewny, że gdyby nie kandydował, w sprawie katastrofy smoleńskiej zachowywałby się racjonalniej. Miałby czas na przejście przez traumę żałoby po utracie najbliższej rodziny. Dziś Jarosław Kaczyński oskarża praktycznie każdego polityka, że miał jakiś wpływ na katastrofę. Nie przyjmuje do wiadomości, że był to zbieg nieszczęśliwych okoliczności, na pewno wynikający częściowo z zaniedbań po stronie rosyjskiej, po trosze też polskiej. Tymczasem Kaczyński zachowuje się kompletnie nieracjonalnie. Co najciekawsze, to zawsze był polityk, który potrafił pociągnąć za sobą ludzi, zmobilizować ich, ruszyć. Tak też było podczas kampanii prezydenckiej, która była jego wielkim sukcesem. Zdrowy rozsądek nakazywałby utrzymanie takiego wizerunku i tamtego przekazu. Po wyborach mówił, że jeszcze dwa tygodnie kampanii i by wygrał. To niewykluczone. W ostatnich dwóch tygodniach musieliśmy się mocno napracować, aby Bronisław Komorowski odniósł zwycięstwo. Nie mówiliśmy o tym głośno, ale widzieliśmy, że sytuacja jest bardzo wyrównana. Jednocześnie uważam, że tak dobra kampania dałaby lepsze efekty, gdyby kandydatem PiS był ktokolwiek inny - np. Zyta Gilowska. PiS mógłby wygrać.

Już za kilkanaście dni kongres PO. Coraz głośniej mówi się, że będzie to ostateczna rozgrywka o przejęcie pełni władzy w partii pomiędzy Donaldem Tuskiem a Grzegorzem Schetyną. Mówi się, że Schetyna polegnie na kongresie.
Nie posługujmy się językiem Janusza Palikota, który narzucił on wszystkim mediom. Kongres ma zupełnie inny charakter. Zostaną przeprowadzone zmiany w statucie i strukturze partii, które wprowadzą jeszcze więcej wewnątrzpartyjnej demokracji.

Chce Pan powiedzieć, że nie ma żadnego konfliktu pomiędzy Donaldem Tuskiem a Grzegorzem Schetyną?

Tylko dziennikarze i Janusz Palikot widzą konflikt. Po kilku publikacjach ciężko takie doniesienia prostować. Będą zmiany statutowe, które istotnie ograniczą władzę sekretarza generalnego.

Pozostanie nim Grzegorz Schetyna?

Nie wiem. Wiem jednak, że zmiany statutowe są konieczne. Mówiłem o nich zresztą o dawna. Najważniejszą sprawą związaną z kongresem jest jednak to, że informacje o tarciach i konfliktach najważniejszych polityków w Platformie rozpowiada Janusz Palikot. Naszym największym wyzwaniem nie jest walka z opozycją, której praktycznie nie ma, ale to, abyśmy się nie rozpadli.

Janusz Palikot liczy na schizmę w PO?
On walczy o własną skórę. Niemożliwe, aby sąd partyjny nie ukarał Palikota. Jego wypowiedzi bardzo szkodziły zarówno PO, jak i Bronisławowi Komorowskiemu. Po prostu nas ośmieszał. O jego działalności najlepiej świadczy wynik wyborczy z jego miasta - Lublin jest jedynym z największych polskich miast, gdzie wygrał Jarosław Kaczyński. Palikot jątrzy, dzieli i pracuje ewidentnie przeciwko PO.

W jednym z ostatnich wywiadów postawił sprawę jasno: jeżeli zostanę wyrzucony, następnego dnia zakładam partię, jeżeli nie - zostaję przy stowarzyszeniu.
Niech zakłada partię. Myśli pan, że osiągnęłaby przyzwoity rezultat? To będzie ugrupowanie jednoprocentowe. Lewacki program Palikota, który obecnie jest chyba bardziej na lewo niż "Krytyka Polityczna" i Piotr Ikonowicz, nie zyska poparcia Polaków. Polski nie da się zzapateryzować. Powtarzam: niech zakłada partię i popełnia polityczną śmierć.

Skoro o lewicy mowa - w jednym z ostatnich sondaży ugrupowanie Grzegorza Napieral-skiego osiągnęło 20 proc. poparcia.
Tylko w jednym. W innych jest niezmiennie 11-12 proc.

Jednak Włodzimierz Czarzasty powiedział "Rzeczpospolitej" wprost: za rok lewica będzie współrządziła krajem. Z PO?
Jeżeli PSL się nie dostanie do Sejmu, to zakładam, że my dostaniemy wystarczająco dużo głosów, aby rządzić samodzielnie. Koalicja z SLD byłaby bardzo trudna. Widać, jak nam wyszło porozumienie w mediach publicznych - władzę całkowicie przejął SLD. Gdyby po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych powstała koalicja PO-SLD, byłoby to zaprzeczenie naszej wizji Polski i tego, jak ją chcemy zmieniać.

A jeżeli PO nie dostanie tak dużo głosów, a PSL nie wejdzie do Sejmu?
Powiem tyle: nie ma szans na koalicję z PiS.