Napieralski przebiera nogami, by zostać premierem

2011-05-20 06:00:46, aktualizacja: 2011-05-20 09:13:02
W PO przeważa dziś centrolewica, ale nasz elektorat nie odejdzie. Nie boję się tej kampanii. Musimy być tylko bardziej przebojowi - mówi w rozmowie z Anną Wojciechowską poseł PO Antoni Mężydło.
O co chodzi w tym zamieszaniu z regionalnymi rekomendacjami na listy wyborcze w Platformie? Skąd te perturbacje?
Cóż, sam wylądowałem dopiero na szóstym miejscu w swoim okręgu, więc trudno mi to komentować.

Problem w tym, że jakaś frakcja wzięła górę i postawiła swoich ludzi ponad interes partyjny?
W żadnej frakcji nie jestem. Wszyscy domyślają się, że akurat w moim przypadku chodzi o to, że nie poparłem w wyborach władz regionalnych obecnego szefa regionu Tomasza Lenza, tylko jego konkurenta Pawła Olszewskiego.

A poseł Lenz to akurat człowiek Cezarego Grabarczyka?
Dla mnie to bez znaczenia. Po prostu byłem za zmianami, uważałem np., że niepotrzebna była nam lokalna koalicja z PiS w województwie. Sądzę, że obecne zamieszanie to właśnie efekt rywalizacji w ostatnich wyborach władz regionalnych. Po podziałach między Tuskiem a Schetyną nie ma już śladu. Nasi liderzy potrafili zapanować nad emocjami. Niestety, część działaczy na dole już nie.

Spodziewa się Pan dużych zmian po tym, jak listy trafią w ręce Tuska i Schetyny?
Mam nadzieję, że władze krajowe będą się kierowały szansami wyborczymi kandydatów. Donald Tusk zresztą na ostatniej radzie krajowej Platformy apelował o to, żeby przy układaniu list nie decydowały emocje, które brały górę w wyborach regionalnych, zapowiadając jednocześnie, że mogą przynieść one skutek odwrotny od zamierzonego. Ale to ostrzeżenie, jak widać, nie w pełni poskutkowało.

A jak przyjął Pan wprowadzenie Bartosza Arłukowicza do Platformy?
To dobry ruch zarówno dla Platformy, jak i dla Arłukowicza, który nigdy nie miał skrajnie lewicowych poglądów. To już Palikot jest dalej na lewo od niego. Myślę, że z powodzeniem odnajdzie się w głównym nurcie ideowym Platformy. Tym bardziej że dziś w PO centrolewica jest nieznacznie liczniejsza niż centroprawica.

Ale to pachnie tanim chwytem propagandowym.
Za tym stoi realna ocena sytuacji. Patrząc na to, jak zachowuje się dziś Grzegorz Napieralski, można się spodziewać, że po wyborach będzie się jednak dogadywał z PiS. Przecież PiS i SLD zawarły koalicję w Szczecinie oraz w Toruniu. Podobnie jak Arłukowicz widzę skutki takiej koalicji każdego dnia.


No tak, koalicja PiS-SLD to wasz nowy straszak na wybory. Ale politolodzy ostrzegają, że ludzie już tego nie kupią.
Mnie nie można posądzić, że to straszak, bo już o wiele wcześniej zwracałem uwagę, że koalicja PiS-SLD to scenariusz bardzo prawdopodobny. Prezes Kaczyński mówi wprost, że jego głównym celem jest odsunięcie Platformy od władzy. I trzeba to traktować poważnie.

Ale zapewnia też, tak jak Napieralski, że taka koalicja nie wchodzi w grę.
Powtórzę, koalicja w Szczecinie i Toruniu mówi zupełnie coś innego. Jarosława Kaczyńskiego znam dość dobrze i wiem, że to, co mówi, naprawdę stara się realizować. Dziś nie mówi, że chce zdobyć władzę, tylko kładzie nacisk na odsunięcie od niej PO. A jak najłatwiej odsunąć PO? Kaczyński zdaje sobie sprawę, że większości bezwzględnej nie uzyska, a zdolności koalicyjne ma słabe. Jeżeli będzie chciał wejść w koalicję, to tylko na warunkach słabszych, niż wskazywać będzie na to wynik wyborczy PiS. Natomiast Napieralski bardzo uwierzył w swój własny mit i przebiera nogami, by zostać premierem. Wręcz już się nim czuje, mówi o tym w wywiadach. Pamiętajmy, że PiS z SLD świetnie się dogadywały już w telewizji. Główne role tam grali tacy ludzie jak Włodzimierz Czarzasty, który w ogóle jest dziś jednym z głównym doradców Napieralskiego, i Adam Lipiński ze strony PiS. Współpraca SLD z PO zaś dziś wygląda bardzo źle. Oni wolą w porozumieniu z PiS ścigać się na wnioski o odwołanie kolejnych ministrów.

To akurat naturalne dla opozycji. A politycy PiS, a jeszcze bardziej SLD, głośno mówią, że zdają sobie sprawę, że ich elektorat takiej koalicji by nie przełknął.
Na pewno to dla ich wyborców będzie bardzo trudne, tyle tylko, że to będzie już po wyborach. Przecież prezes Kaczyński od ostatniej kampanii przeszedł wiele przemian. W wyborach mówił jedno, a dzień po - zupełnie coś innego.

A kto może być jeszcze w PO? Ryszard Kalisz też by się zmieścił?
Sądzę, że tak, bo on ma podobne poglądy jak Arłukowicz. Palikot był jeszcze bardziej lewicowy i mieścił się w Platformie, choć z trudem. Dlaczego więc Kalisz nie miałby?

Pojemna staje się ta wasza partia. Jest ktoś, kto by się nie zmieścił w ogóle, jak przyjdzie potrzeba?
Owszem, pojemna (śmiech). Ale bez przesady. Na przykład Hofman, Błaszczak czy Kurski jednak by się nie zmieścili.

A poważnie to co w ogóle łączy dziś ludzi w PO, poza władzą naturalnie?
Platforma jest partią ogólnospołeczną, ma oferty dla różnych grup społecznych. I łączy dwa nurty: konserwatywno-liberalny i centrolewicowy.

Czyli w zasadzie wszystko. A nie jest tak, że skręcacie ostatnio w lewo jednak?
Może teraz trochę tak, ale też z kolei po odejściu Palikota umocniła się frakcja konserwatywno-liberalna. Dziś pomiędzy PiS a PO nie ma już praktycznie ruchu elektoratu. Chcąc pozyskać nowych wyborców, Platforma staje się więc coraz bardziej otwarta na elektorat lewicowy.

Pytanie tylko, czy nie zacznie tracić w ten sposób swoich tradycyjnych wyborców?
Wydaje się, że jest bezpiecznie, bo PiS poprzez nadmierne rozgrywanie polityczne sprawy katastrofy smoleńskiej wykopało głęboki rów, przez który nie ma przejścia. Ten tradycyjny nasz elektorat konserwatywno-liberalny nie jest w stanie go przejść.

Rozmawiała Anna Wojciechowska