Nie wierzę w zbieranie haków

- Przyjęcie Giertycha do naszej partii byłoby strasznym błędem – mówi Antoni Mężydło, poseł Platformy Obywatelskiej
RZ: Roman Giertych zarzucił Jarosławowi Kaczyńskiemu, że jako premier zbierał haki na przeciwników politycznych. Należał pan w tamtych czasach do PiS. Haki zbierano?
Antoni Mężydło: Absolutnie nie. Nie ma podstaw, żeby tak sądzić. Wiem, że o Jarosławie Kaczyńskim mówi się różnie. Nie jest samym dobrem, jak zwykł o sobie mówić, ale nie jest też samym złem. Sam był kiedyś inwigilowany i jest mało prawdopodobne, by takie metody stosował wobec innych polityków.
Roman Giertych mówił nieprawdę?
Uważam, że wymyśla takie historie, bo chce się przypodobać Platformie Obywatelskiej albo zaistnieć na scenie politycznej. Nie cenię tego polityka. Gdy zaczynał swoją działalność polityczną w Sejmie, często wynajdował kruczki prawne i nie ukrywam, że mi się to podobało. Miałem go za dobrego prawnika. Teraz uważam, że nie jest nawet dobrym prawnikiem. Moim zdaniem przegra sprawę w sądzie z Jarosławem Kaczyńskim.
Były wicepremier twierdzi, że przedstawi świadków i dowody.
Jakich świadków, jakie dowody? Nie wierzę w to. Jedyny błąd, jaki popełnił Kaczyński, to ten, że wszedł w koalicję z Samoobroną i LPR. Teraz, będąc w opozycji, ma pewien głód polityki i popełnia mnóstwo błędów. Ale to jest bardzo zdolny polityk i nie wierzę, że szukał na kogokolwiek haków.
Pana koledzy z PO dają wiarę słowom Giertycha. A niektórzy nawet sugerują, że znalazłoby się dla niego miejsce w partii...
Temu jestem zdecydowanie przeciwny. I nie spotkałem w PO posła, który by szczerze powiedział, że jest innego zdania niż ja. Przyjęcie Giertycha do Platformy byłoby strasznym błędem. Po pierwsze on skrajnie nie pasuje do naszej partii ze względu na swoje poglądy. Po drugie jest niesłychanie ambitny i bezwzględny. Rozsadzi każdą partię. Nikt by z nim sobie nie poradził w PO. Nawet Kaczyński nie wyobrażał sobie Giertycha w szeregach PiS, choć pod względem ideologicznym było im do siebie bliżej.
Jak to się stało, że Giertych, który jeszcze kilka lat temu był zdecydowanie niewiarygodnym politykiem dla PO, nagle zyskał na wiarygodności?
Nie wiem. Być może zauroczył ich swoim atakiem na Jarosława Kaczyńskiego. Ale to nadal jest niewiarygodny polityk. Uważam, że dużo większe zaufanie można mieć do prezesa PiS. Dlaczego Giertych nie mówił tego, co wie, gdy zasiadał w rządzie PiS, LPR i Samoobrony? Skoro wiedział i milczał, to jest współodpowiedzialny za to domniemane zbieranie haków.
Czy to oznacza, że posłowie PO działają w myśl powiedzenia: wróg mojego wroga jest moim przyjacielem?
Gdyby tak się stało, to byłoby zgubne dla Platformy.
Mówi pan ciepło o PiS. Jest pan zadowolony, że porzucił pan tę partię i przeniósł się do Platformy?
O tak. PiS bardzo się zmieniło. Nie chciałbym być dzisiaj w tej partii. I wielu posłów, którzy jeszcze w niej trwają, też jest niezadowolonych, że górę wzięli ludzie tacy jak Przemysław Gosiewski i środowiska Radia Maryja.
Nawet Kaczyński nie wyobrażał sobie Giertycha w PiS. Choć było im do siebie ideologicznie bliżej
Mój sentyment dotyczy czasów, gdy byliśmy w opozycji, czyli pierwszego PiS. To była najlepsza partia. Dzisiejsza Platforma jest bardzo podobna do PiS z tamtego okresu i jest najlepszą formacją na scenie politycznej, która odwołuje się do tradycji solidarnościowej. To jest bardzo wartościowe środowisko.
A afera hazardowa?
No, zdarzyła się. Partia władzy zawsze przyciąga różnych ludzi oraz każda władza trochę deprawuje i stąd się biorą takie historie jak afera hazardowa. Choć osobiście nie rozumiem, jak poważni politycy mogli dopuścić do takich kontaktów z biznesmenami, jakie wyłaniają się z podsłuchów CBA. Nie sądzę też, żeby to była norma w naszej partii. Nie taka patologia!
Część pana kolegów z PO uważa, że afery hazardowej w ogóle nie było. Że Mariusz Kamiński, były szef CBA, zmanipulował zupełnie niewinne rozmowy i podał je w takim kontekście, że wszyscy wyszli na łobuzów. A co pan o tym sądzi?
Bez przesady. Ja uważam – tak jak Donald Tusk – że afera hazardowa naprawdę się wydarzyła. I wstydzę się za nią. Jednak ogólnie środowisko skupione w PO jest wartościowe i chodzi nam o wartości i reformy.
Niektórzy wytykają właśnie, że Platforma Obywatelska przyjęła strategię nicnierobienia, żeby wygrywać kolejne wybory.
Nie zgadzam się z tym. Coś jednak robimy. Może nie tak dużo, jak oczekuje od nas żelazny elektorat. Gdy się spotykam ze środowiskami biznesowym, to one uważają, że głosowali na inną partię. Ale się staramy.
Gdybym nie miał swoich sukcesów w legislacji, to źle bym się czuł. Mam nadzieję, że po następnych wyborach zdobędziemy bezwzględną większość w Sejmie, a wcześniej wygramy wybory prezydenckie i nie będziemy się musieli liczyć ani z koalicjantem, ani z prezydentem. Wtedy zrobimy więcej.
Wierzy pan, że w następnych wyborach zdobędziecie bezwzględną większość mandatów w parlamencie?
Sądząc po sondażach, to tak. Pod warunkiem że uda się utrzymać jedność partii.
Boi się pan, że partia się podzieli w czasie prawyborów kandydata do prezydenckiego wyścigu?
Przeciwnie – to cementuje partię. W tych prawyborach bez problemu wygra Bronisław Komorowski, bo jest zespolony z partią.
Ale Radosław Sikorski jest ogromnie popularny w kraju, do tego ambitny, a na scenie politycznej są środowiska, które poszukują kandydata na prezydenta. Po przejściu przez prawybory w PO Sikorski już nie będzie do wzięcia dla innych środowisk.
Nie był pan rozczarowany decyzją Tuska o wycofaniu się z walki o prezydenturę?
Byłem, bo bardzo sobie cenię Donalda Tuska. Nie wiem, czy z jego punktu widzenia to było dobre posunięcie. Bo jednak pozostanie na stanowisku premiera wiąże się z pewnym ryzykiem. Druga kadencja jego rządów może być trudniejsza od obecnej, więc nie wiadomo, co się wydarzy. Ale zobaczymy, może Donald sobie z tym poradzi.
Za to prezydentem już raczej nie zostanie.
Dlaczego nie? Nawet jeżeli Bronisław Komorowski będzie prezydentem przez dwie kadencje, to i tak Tusk ma szansę objąć po nim ten urząd.
Jak widzę, Lechowi Kaczyńskiemu nie daje pan szans na zwycięstwo i drugą kadencję.
Nie wierzę w to. Nie życzę źle prezydentowi, bo jest moim kolegą z opozycji. PiS też się nie wyrzekam, bo w tej partii uczyłem się realnej polityki. Ale w reelekcję Lecha Kaczyńskiego nie wierzę. Nie nadrobi złego wrażenia, które powstało na początku jego prezydentury, głównie za sprawą jego otoczenia.
A co pan sądzi o pomyśle Arkadiusza Rybickiego, pana kolegi z PO, który proponuje, żeby każdy, kto nie podlega lustracji, mógł zastrzec dostęp do swojej teczki na 50 lat? „Gazeta Wyborcza” napisała, że zgłosił taką poprawkę do projektu ustawy o IPN.
Dziwię się, bo jest on z zawodu historykiem i doskonale wie, jak ważne są to materiały dla badań nad najnowszą historią Polski.
Jeśli to miałoby być prawdą, byłaby to kompletna paranoja, gdyż oznaczałoby to koniec badań naukowych, a w konsekwencji zamknięcie IPN. Poza tym Rybicki postawiłby się w bardzo dwuznacznej sytuacji. Gdyby zastrzeżenie dostępu do teczek dotyczyło tylko danych wrażliwych, to taka propozycja dotycząca osób niepodlegających lustracji zyskałaby moje poparcie.
Rzeczpospolita