Dla kraju trzeba przytępić język

Przez to, że nie powstał PO – PiS, Platforma wyrzuca ze służb bliskich ideowo ludzi, bo mianował ich PiS - mówi Antoni Mężydło
Rz: Czy warto było przechodzić z PiS do PO?
Antoni Mężydło, poseł PO: Warto. Proszę zobaczyć, co się dzieje przy ustawie ratyfikującej traktat lizboński. Nie rozumiem stanowiska Jarosława Kaczyńskiego, więc jak miałbym je popierać?
Nie ma pan pretensji do kolegów z PO, że pracują wolniej niż PiS?
Nie. Prace toczą się wolniej, bo i perspektywa władzy jest dłuższa. Dwa lata temu Kaczyński bardzo się spieszył, bo nie chciał za długo trwać w tej koalicji i być kojarzonym z Romanem Giertychem i Andrzejem Lepperem. Ich elektorat był dla niego do zaakceptowania, lecz twarze go reprezentujące – nie. I w końcu to zmieniło PiS. Kaczyński wchłonął ten elektorat i doszedł do ściany, na prawo nie ma nic prócz niego.
Czego się nie zdziała w sto dni, potem już trudno zrobić.
Będzie następnych sto dni. Przy drugiej kadencji te sto dni można wydłużyć nawet o rok i zrobić reformujące ustawy. Na pewno w PO drzemie duży potencjał.
Oczekiwano, że ma gotowe projekty ustaw, a Sejm nadal nie ma nad czym pracować.
Niebezpieczne jest przeprowadzanie zbyt wielu reform od razu. Na razie potrzebne będą zmiany w służbie zdrowia. Ale ludzie oczekują nowego stylu rządzenia, by ich nie straszyć, nie robić niczego tak pospiesznie i nerwowo jak PiS.
Nowy styl to wartość PO?
Tak. Środowisko PO to nie jest grupa niemyśląca o kraju, która tylko chce się podobać społeczeństwu. Tu jest bardzo dużo ludzi kompetentnych, mogących szybko zdublować niektórych ministrów. Nie było problemu z kadrami rządowymi.
Przecież dość długo szukano, sięgnięto po nieznane twarze.
Ale to niczemu nie przeczy – w PO nigdy nie ma takich problemów z kadrami, jakie były w PiS. Tamta formacja była jednak mniej przygotowana do rządzenia.
A jednak szybko wniosła do Sejmu sporo projektów ustaw.
Też nie wszystkie od razu. Pisało się te ustawy pospiesznie i dość chaotycznie, np. w sprawie walki z korupcją. Przed wyborami mówiło się o poważnym projekcie, ujawnianiu majątków konkubin. Ale później tego projektu nie było, a walka z korupcją miała się ograniczyć do CBA i kilku spektakularnych akcji.
Nie ma pan pretensji do kolegów z PO, że prace idą za wolno, że Senat musi odwoływać obrady, bo nie ma nad czym debatować?
Trochę tak. Odczuwam to co wszyscy, ale, jak pokazują sondaże, społeczeństwo nie ocenia tego źle.
Bo PR PO jest lepszy niż PiS.
Niby kto jest w PO takim znakomitym PR-owcem, Tomasz Arabski i Sławomir Nowak? Czy nie lepsi byli, przynajmniej jeśli chodzi o uznanie fachowców, Adam Bielan z Michałem Kamińskim w PiS?
Może Donald Tusk jest lepszym wykonawcą pomysłów PR-owców niż Jarosław Kaczyński.
A to może. Jest bardziej nowoczesny, elastyczny. O Kaczyńskim większość mówi, że prowadzi politykę z przełomu XIX i XX w. Dlatego wymykają mu się tak dziwaczne wypowiedzi, jak krytyka internautów.
Kiedyś powiedział pan, że słowa w polityce mogą zabijać. Nie jest panu trochę nieswojo, gdy pan słyszy teraz od kolegów z PO, że „czystość sumienia polityków PiS można porównać do brudnej, mokrej ścierki”?
Trochę. Ja bym tego tak nie powiedział, mnie zresztą nie wypada. Uczestniczyłem w konferencji prasowej, na której kolega wygłosił te słowa, ale uważam, że czasami temperament ludzi ponosi. Zresztą dziennikarze polują na takie określenia – mocne, dobitne. Uważam jednak, że dla dobra kraju należy przytępić ten język.
Ale języka nie przytępia ani PiS, ani PO. Namawiał pan kolegów z PO do takiej zmiany?
Kilka razy. Ostry język nie jest powszechny w Platformie, tylko niektórzy go mają. W końcu zrozumieją, że tak nie można.
Dużo pokory nauczyłem się w Prawie i Sprawiedliwości, bo tam musiałem tolerować wiele rzeczy
Na przykład Karpiniuk zwany Kurskim Platformy, PiS-ożercą?
Jest ostry, ale może zrozumie, bo jest zdolny. Pewno trochę nieopatrznie przyprawia sobie gębę radykała.
Jako byłego członka PiS dobrze pana traktują w PO?
Tak. W regionie przyjaciół politycznych już wcześniej miałem więcej w PO niż w PiS. Np. z Janem Wyrowińskim więcej mnie łączyło, także ze względu na historię solidarnościową, niż ze Zbigniewem Girzyńskim.
A jednak był pan w PiS. PiS był dobrą partią w kadencji 2001 – 2005, bardziej aktywną niż PO. Miałem wtedy więcej zastrzeżeń do Platformy. PiS był np. bardziej liberalny, np. w sprawach telekomunikacji. Bo nie było w nim nikogo z „partii TP SA”, kto by bronił interesów tej firmy.
Jak jest dzisiaj?
W PO też jest sprzyjający klimat do liberalizacji rynku i regulacji prospołecznej, czyli większej konkurencyjności.
Czuje się pan już w PO jak u siebie czy nadal tęskni do czegoś na kształt PO – PiS?
Wiele złego wydarza się dlatego, że nie powstał PO – PiS. Platforma musi teraz realizować antypisowską politykę. I jeśli chodzi np. o wykonywaną w tym klimacie politykę wschodnią PO, to mam zastrzeżenia. Nawet jeśli trzeba było ocieplać stosunki z Rosją, to w duchu piłsudczykowskim – przed przylotem do Moskwy trzeba się było spotkać z władzami Ukrainy, ewentualnie Gruzji. Druga sprawa to służby specjalne. Rząd Donalda Tuska wyrzuca z nich moich kolegów, którzy – paradoksalnie – poglądami są bliżsi PO niż PiS. W ten sposób wepchnął ich siłą w ramiona PiS.
Wyrzuca mianowanych za PiS, nawet gdy pochodzą z kręgu PO?
Wielu. Odepchnęliśmy od PO część środowiska tylko dlatego, że „trzeba ich zmienić, bo byli w PiS”. A gdyby powstał PO – PiS, oni byliby bliżsi Platformie. Znaleźli się w kręgu PiS, bo m.in. ja mocno się starałem, by Kaczyński zaczął choć tolerować np. Nowka. A dziś on jest nazywany „człowiekiem PiS”.
Nie odrzuca to pana od PO?
Nie. Pokory nauczyłem się w PiS, bo tam musiałem tolerować wiele rzeczy. Gdyby każdy w 100 proc. musiał utożsamiać się z ideami i działaniami partii, to byłoby ich tyle, ile jest ludzi. Wystarczy zgoda w poglądach na 50 proc.
Rzeczpospolita