Związki partnerskie to temat zastępczy

Myślę, że konflikty światopoglądowe zostaną wyciszone. 
Wierzę w talent premiera – mówi poseł PO Antoni Mężydło w rozmowie z Elizą Olczyk

Czy jadał pan w dzieciństwie dziki szczaw?

Antoni Mężydło: Pewnie, 
że jadałem.

A wierzy pan, że w Polsce jest 800 tysięcy niedożywionych dzieci? Stefan Niesiołowski nie wierzy, bo – jak mówi – dzieci nie jedzą dziś szczawiu.

Uważam, że są dużo wiarygodniejsze źródła wiedzy o tym problemie niż sondaż telefoniczny zrobiony na 800 osobach przez fundację Maciuś. Co roku Sejm rozpatruje informację rządu z realizacji programu dożywiania, którym objęte są prawie 2 miliony osób, z tego około 1,2 miliona dzieci. Od 2008 roku nie ma dzieci, które nie byłyby objęte programem ze względu na brak środków. Platforma Obywatelska realizuje wieloletni program pomocy państwa w zakresie dożywiania. Łączny koszt realizacji tego projektu wyniesie 6 mld zł.

Nie zmienia to faktu, że są w Polsce niedożywione dzieci, a opozycja woła, że powinna się tym zająć minister edukacji Krystyna Szumilas, zamiast wymyślać dziwaczne programy typu: dwulatki do przedszkoli.

Przypadki niedożywionych dzieci znamy nie od dzisiaj. Dlatego powstał program. Wydaje mi się, że za rządów PO sfera ubóstwa jest mniejsza. Chociażby dlatego że przez okres kryzysu gospodarczego – kiedy wiele bogatszych od nas państw miało poważne problemy – nasza gospodarka się rozwijała. A o Krysi Szumilas mam dobre zdanie. Ma głęboką i ekspercką wiedzę.

Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz też jest na celowniku opozycji po historii małej Dominiki, która zmarła, bo zbyt późno udzielono jej pomocy.

Takie jest prawo opozycji. Ale rzeczywiście minister Arłukowicz jest wyjątkowo nielubiany przez PiS. Moim zdaniem w tej sprawie zawinili przede wszystkim lekarze, którzy powinni ratować życie dziecka, zamiast zwracać uwagę na procedury. Ale to przypadek jednostkowy, przecież każdego dnia lekarze ratują setki ludzi.

Jeżeli krytyka pod adresem Arłukowicza jest nieuzasadniona, pod adresem Szumilas też, to co takiego można zarzucić ministrowi sprawiedliwości Jarosławowi Gowinowi? Premier Tusk poświęcił mu szczególną uwagę i przez kilka dni się zastanawiał, czy go odwołać.

Chodziło o jedność największej partii, która wspólnie z PSL rządzi.

Premier załatwia tylko problemy polityczne, a społecznych już nie?

Nie zgadzam się, to duże uproszczenie. Rząd premiera Tuska zajmuje się sprawami Polaków. Proszę zwrócić uwagę, że w czasie kryzysu nadrabiamy dystans dzielący nas od bogatszych państw w Europie. Natomiast jeżeli chodzi o Gowina, myślę, że premier dobrze to rozegrał. Jedność w partii została uratowana. Osobiście byłem za tym, żeby Gowin pozostał w rządzie. Jest postacią wyrazistą i widoczną, a poza tym nie ma specjalnych wpadek merytorycznych. Czasami dobrze jest, gdy ministrem zostaje człowiek spoza branży.

A może chodziło o to, że odwoływanie ministra sprawiedliwości nie za dokonania, lecz za poglądy, mogłoby zostać źle odebrane?

Pewnie ta druga sprawa też była brana pod uwagę. Ale najważniejsze jest to, że ten temat mamy w partii i w rządzie zamknięty. Przecież liczy się utrzymanie większości dla sprawnego rządzenia, szczególnie w okresie europejskich zawirowań gospodarczych. Gdybyśmy stracili tę minimalną przewagę nad opozycją, którą mamy, musielibyśmy dobrać kogoś do koalicji. A przecież rząd dwupartyjny jest dużo sprawniejszy niż np. trójpartyjny.

Krytycy waszej partii uważają, że nie ma znaczenia, czy rządzicie we dwójkę czy trójkę, bo i tak niewiele robicie. I że ostatni spór merytoryczny miał miejsce przed rokiem, gdy podwyższaliście wiek emerytalny.

Uważnie pani słucha tego marudzenia zazdrośników, którzy śnią o władzy. To niesprawiedliwa ocena. Dużo się dzieje, np. niekwestionowany sukces w Brukseli. Było drugie exposé premiera, który zapowiedział wprowadzenie kapitalizmu państwowego.

Myślę, że konflikty światopoglądowe zostaną wyciszone. 
Wierzę w talent premiera – mówi poseł PO Antoni Mężydło w rozmowie z Elizą Olczyk

Wróćmy do problemów Platformy. Co by się stało, gdyby Tusk zdymisjonował Gowina?

Nic. Byłby nowy minister sprawiedliwości, a Gowin zostałby w partii.

Nie zostałby wycięty z list przed wyborami?

Nie wierzę w to. Zresztą czy Tusk nie wiedział, przed wyborami, kim jest na przykład Jacek Żalek? Wiedział, i to była jego decyzja, żeby pozostał na liście. A Jarosław Gowin to idealny listek figowy. Ma autorytet, jest twarzą konserwatystów i tak naprawdę nie zagraża premierowi.

Czy Gowin stanąłby do walki o fotel lidera partii?

Sam powiedział, że gdyby odszedł z rządu, to byłoby to możliwe. Ale uważam, że byłby 
bez szans.

Grzegorz Schetyna ma większe szanse?

Tak, bo ma spory autorytet. On jeden byłby w stanie utrzymać partię w całości, gdyby Tusk odszedł z PO, np. na jakieś stanowisko w Europie. Ale uważam, że jeżeli Schetyna wystartuje przeciwko Tuskowi, to przegra. I to zarówno w wyborach bezpośrednich, jak i pośrednich. Każdy wie, że PO bez Tuska by nie istniała, tak samo jak PiS nie istniałoby bez Kaczyńskiego. Obaj ci politycy są nie do zastąpienia, bo wraz z ich odejściem dojdzie do rozpadu partii, a na pewno mocnego przekształcenia.

Czy konflikty światopoglądowe będą nadal targać Platformą?

Myślę, że zostaną wyciszone. Wierzę w talent premiera. W końcu udało mu się bezboleśnie rozwiązać problem in vitro.

Nie rozwiązał go, tylko obszedł, bo w prawie nadal nie ma regulacji dotyczących kwestii bioetycznych.

Jeżeli rozwiązanie zaproponowane przez pana premiera w sprawie in vitro będzie dobrze funkcjonowało, jeżeli ukształtuje się dobra praktyka, to my po prostu w przyszłości zatwierdzimy je ustawą i tyle. To dobra metoda. Sprawdziła się przy aborcji. Być może w sprawie związków partnerskich, które ostatnio nas podzieliły, też uda się coś takiego wypracować.

Jak pan głosował w sprawie związków partnerskich?

Byłem przeciw, bo uważam, że to temat zastępczy. Dzisiaj trzeba się zająć gospodarką. Dlatego głosowałem za odrzuceniem wszystkich projektów. Miałem nadzieję, że potem wszystko się uspokoi. Tak było z politycznym projektem ograniczającym prawo do aborcji autorstwa Solidarnej Polski, którego celem było – czego nie kryli wnioskodawcy – rozbicie PO. Odrzuciliśmy go i wszyscy zapomnieli o sprawie. Niestety, tym razem było na odwrót. Kalkulacja polityczna mnie zawiodła.

W takim razie co pan zrobi, gdy pojawi się w Sejmie kolejny projekt o związkach partnerskich?

Sam jeszcze nie wiem. Liczyłem, że to wszystko przyschnie, tym bardziej że awantura Janusza Palikota z Wandą Nowicką przykryła ten temat. A jednak sprawa została odgrzebana. Zobaczę, jak będzie wyglądała ostateczna wersja ustawy.

Premier odgrzebał ten temat.

Nie. Samo tak wyszło, kiedy premier zaprosił na spotkanie do kancelarii posłów konserwatywnych.

Trochę to trąci kabaretem, gdy premier mówi: bądźcie sobie frakcją, ale spotykajcie się u mnie.

W polityce liczy się jedność. Mój przyjaciel, świętej pamięci Aram Rybicki, powiedział kiedyś: w dobrych partiach już byliśmy i to były te prawicowe kanapy z początku lat 90., a teraz musimy być w ugrupowaniach, które potrafią wygrywać wybory. Rybicki był zadeklarowanym endekiem w czasach opozycji demokratycznej lat 70. i należał do partii o silnym zabarwieniu ideologicznym. Mimo to potrafił zrozumieć rzeczywistość polityczną i się z nią pogodzić. Bo od tego czasu prawica dużo się nauczyła. Mówię zarówno o PiS, jak i o PO. Myśli pani, że Robertowi Biedroniowi z Ruchu Palikota tak zależy na związkach partnerskich? Nie. On celowo je rozgrywa, wypełnia pewną funkcję polityczną.

Jaką funkcję? Chce rozegrać PO?

Raczej wyrwać część elektoratu dla Ruchu Palikota. Widać to po jego zachowaniu. On często w swoich wystąpieniach używa podtekstów seksualnych, np. gdy opowiadał, że złapał policjanta za pałę. Prowokuje salę do śmiechu po to, żeby dziennikarze potem krytykowali Sejm za „rechotanie”. Jest po prostu wyzywający, ale ma w tym swój wyrachowany cel.

Myślę, że konflikty światopoglądowe zostaną wyciszone. 
Wierzę w talent premiera – mówi poseł PO Antoni Mężydło w rozmowie z Elizą Olczyk

Nadal nie wiem, jak się pan zachowa w sprawie związków partnerskich.

To złożona sytuacja. Prawa materialne dla par homoseksualnych nie budzą wątpliwości. Ale jeżeli będziemy chcieli ustanowić instytucję paramałżeńską, to trzeba zmienić konstytucję. Powinniśmy się głęboko zastanowić, czy należy to robić. Poza tym, jeżeli uchwalimy ustawę bardzo konserwatywną, regulującą wyłącznie prawa materialne, lewica to wykorzysta w następnej kampanii. Nie będzie się rozmawiało o gospodarce, o rzeczach ważnych dla ludzi, tylko o związkach partnerskich. Taką mają strategię. I dzięki temu lewica może zyskiwać. Dlatego najlepiej byłoby tej sprawy nie ruszać. W końcu dzięki temu, że jesteśmy powściągliwi w kwestiach światopoglądowych, prawica już trzecią kadencję utrzymuje się u władzy.

Czy pana zdaniem Platforma wygra wybory w 2015 roku i nadal będzie rządziła?

Mam nadzieję, że tak. Chyba pani nie wierzy w Europę Plus Palikota i Kwaśniewskiego? Na ile go znam, za parę miesięcy się zniechęci, zwłaszcza jeżeli Leszek Miller nie przystąpi do tej inicjatywy. A wtedy SLD będzie silniejszy niż Ruch Palikota.

Nawet z Kwaśniewskim?

Oczywiście. Nie wierzę w jego wpływy. Ludzie, na których stawia, to są ważne nazwiska, ale już nie mają takiej siły przyciągania jak kiedyś. Poza tym Kwaśniewski nie może sobie pozwolić na popieranie inicjatywy, która mogłaby przegrać wybory, bo wtedy straciłby wpływy w polityce i w kręgach biznesowych. A więc na scenie politycznej pozostaje tylko PiS.

No i ostatnio w sondażach idzie łeb w łeb z PO.

Do sondaży nie należy przywiązywać szczególnej wagi. Ważny jest dzień wyborów. Polacy zaufali Platformie sześć razy z rzędu. Dlatego jesteśmy pierwszą partią, która sprawując władzę, prowadzi w sondażach. Powtórzę, nasza gospodarka się rozwija, pomimo skutków globalnego kryzysu. Wierzę, że ten sondażowy dystans zwiększymy.

Czyli Donald Tusk musi wsiąść do tuskobusa i odbudowywać poparcie.

To byłoby racjonalne zachowanie premiera.